Uwaga, to może zaszkodzić!
W świetle powyższych uwag oraz wiedzy na temat warunków i stylu pracy typowej szkoły, założenia reformy wydają się na razie odległe do spełnienia, a ich pospieszna realizacja może dla dzieci być wręcz niebezpieczna. W pracy często spotykam się z rodzinami, które borykają się z problemami swoich dzieci, w tym także z niepowodzeniami szkolnymi. I wiem, jak wiele zależy od działań (i zaniedbań) na pierwszych etapach rozwoju, zwłaszcza w wieku szkolnym. Poważne problemy będące domeną psychologii klinicznej często mają swoje źródło w niezaspokojeniu ważnych potrzeb rozwojowych małych dzieci. Dążenie do podnoszenia szans edukacyjnych dzieci jest mi bardzo bliskie, ale nie mogę nie dostrzec dużego ryzyka, jakie niesie planowana reforma. Ryzyko dostrzegam zarówno w sposobie wprowadzania reformy (pośpiech, lekceważenie obaw), jak też we wrażliwości dzieci na zmiany w krytycznych okresach rozwojowych. Warto pamiętać, że nawet zdrowe dziecko może mieć w szkole różnego rodzaju problemy adaptacyjne. Takie problemy istnieją u dzieci 7- i 8-letnich, więc tym bardziej prawdopodobne jest ich wystąpienie u dzieci młodszych. Trudności adaptacyjne mogą przejawiać się w reakcjach lękowych, zaburzeniach psychosomatycznych czy zaburzeniach zachowania. Dzieci mogą mieć problemy z wypełnianiem poleceń lub współpracą z rówieśnikami. Co ciekawe, trudności mogą doświadczać zarówno ci, którzy mają za sobą doświadczenia grupy przedszkolnej, jak i ci, którzy do przedszkola nie uczęszczali. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że o zaburzeniach adaptacyjnych decyduje wiele różnych czynników. Można tu wymienić, np. zachowania rówieśników, cechy systemu wychowawczego szkoły, styl udzielania wsparcia przez środowisko rodzinne, styl bycia nauczyciela nauczania początkowego, temperament i inne indywidualne cechy dziecka. Skoro zaburzenia adaptacyjne mogą dotknąć dzieci, które zostały uznane za dojrzałe do rozpoczęcia edukacji szkolnej, to tym bardziej może się tak stać z dziećmi młodszymi. Za szczególnie niebezpieczną uważam możliwość zaszkodzenia proponowanej reformy dzieciom, które mają specyficzne potrzeby edukacyjne, ale nie kwalifikują się jednocześnie do szkół specjalnych. Chodzi tu o dzieci, które nie rozwijają się harmonijnie lub których rozwój psychomotoryczny jest nieco opóźniony, które zagrożone są dysleksją, zaniedbane środowiskowo, ze schorzeniami neurologicznymi, wadami zmysłów itp. Trzeba podkreślić, że jest to liczna grupa dzieci i wymaga ona specjalnych warunków kształceniowych. Ci wychowankowie nie są w stanie osiągnąć dojrzałości szkolnej tylko dlatego, że tego od nich oczekuje MEN. Dzieci te wymagają indywidualizacji i nasilenia oddziaływań wychowawczych i edukacyjnych, które są niemożliwe do przeprowadzenia w warunkach szkolnych. Przedszkola są o wiele lepiej przygotowane do wyjścia naprzeciw potrzebom takich dzieci. Dlatego Polskie Towarzystwo Dysleksji w liście do minister Katarzyny Hall przestrzega, że skutkiem reformy będą poradnie psychologiczno-pedagogiczne zapełnione dziećmi czekającymi na diagnozę i terapię, z rozpoznaniem "niedojrzałość szkolna". Autor dodaje, że nauka w przedszkolu ma często formę aktywności swobodnej, mało stresującej i zbytnio nieobciążonej emocjonalnie. Przygotowany wychowawca umie wykorzystać inicjatywę dziecka i jego wyobraźnię do kształtowania nowych umiejętności, nawet w warunkach zabawy. Wówczas łatwiej też indywidualizować wymagania, uwzględniając rozbieżności w poziomach rozwoju pomiędzy poszczególnymi dziećmi. Aby zapewnić właśnie takie warunki w szkole, nie wystarczy otworzyć nową świetlicę, oddzielić oddziały małych dzieci od reszty szkoły, przygotować sanitariaty i stołówki. Jeśli nauka w klasach zerowych i w oddziałach przedszkolnych na terenie szkół będzie odbywała się w tym samym stylu co w klasach I-III, to będzie to dla dzieci 5- i 6-letnich bardzo obciążające. Tymczasem obecne zapewnienia reformatorów, że szkoły na pewno będą przygotowane do przyjęcia małych dzieci, koncentrują się głównie na kryteriach miejsca. Brak jest precyzyjnych informacji, jak w praktyce samorząd ma zadbać o kształcenie dopasowane do poziomu rozwoju i potrzeb psychicznych małego dziecka. Z odpowiedzi na pytania rodziców do MEN wynika, że o to mają zadbać sami rodzice poprzez odpowiedni nacisk na władze samorządowe. Można przypuszczać, że w praktyce skończy się to licznymi konfliktami i krzywdą dzieci.
Niebagatelnym zagrożeniem, które niesie ze sobą reforma, jest jej wpływ na relacje dzieci z rodzicami. Potocznie rodzice nazywają to "zabraniem dzieciom roku dzieciństwa", ale chodzi tu o bardzo poważne zmiany w funkcjonowaniu dziecka i rodziców. Dziecko w warunkach szkolnych wchodzi w rolę ucznia i musi przyjąć na siebie nowe obowiązki. Rodzice powinni w tym pomóc, przy czym zakres tej pomocy - w związku z wymaganiami programowymi - staje się coraz większy. Z pewnością matki i ojcowie, którzy teraz mają dzieci w klasach I-III, dobrze wiedzą, co mam na myśli. Czasochłonne pomaganie w wypełnianiu zeszytów ćwiczeń, "domowniczków", kart pracy itp. jest dziś normą polskich domów. Im bardziej rodzice nie chcą wyręczać dziecka, lecz pomóc, aby samo zrozumiało i wykonało prace domowe, tym więcej czasu muszą dziecku poświęcić. Odbywa się to m.in. kosztem zabawy i rozrywki. Chociaż jest to czas "bycia razem", to jego jakość jest zdecydowanie inna niż wspólna jazda na rowerze, wspólny spacer lub gra. Czas wspólnej nauki ma więcej wymagań, oceniania, a czasem zniecierpliwienia i nerwów po obu stronach. Wymuszenie edukacji dzieci 6- i 5-letnich na terenie szkół - co będzie niewątpliwym skutkiem reformy - tak naprawdę mocno wkracza w styl życia rodziny. Zmusza nie tylko dzieci, ale i rodziców do wejścia wcześniej w nową rolę. A zatem rośnie ryzyko wystąpienia różnego rodzaju zaburzeń adaptacyjnych. Do tej pory rodzice raczej mieli możliwość wyboru, czy chcą posyłać dziecko do zerówki szkolnej czy przedszkolnej. Nie mogli jednak zadecydować samodzielnie o wcześniejszym posłaniu dziecka do szkoły, gdyż to wymagało specjalistycznych badań nad dojrzałością szkolną dziecka, prowadzonych w poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W wyniku reformy dojdzie do paradoksalnej sytuacji, że rodzic nie będzie miał wyboru - dziecko w wieku 6 lat musi uczyć się w szkole, a do tego nie będzie wtedy badana dojrzałość szkolna dziecka, bo zamiast specjalistów rozstrzygną to jednym pociągnięciem urzędnicy oświaty. Nie trzeba chyba przekonywać, że to musi rodzić problemy. A najwięcej ucierpią dzieci, które potrzebują indywidualizacji kształcenia i którym reforma te możliwości ogranicza, bo zabiera rodzicom możliwość wyboru. Pomoc dzieci te otrzymają dopiero wtedy, kiedy rodzic od nauczyciela usłyszy - "państwa dziecko sobie nie radzi, proszę udać się z nim do poradni". Zdecydowanie bezpieczniej dla dziecka będzie, jeśli jego nieharmonijny rozwój ujawni się w przedszkolu, bo tam indywidualizacja wymagań i kształcenia jest o wiele łatwiejsza.
Reformatorski entuzjazm
Większość uczestników sporu, który powstał wokół obniżenia wieku szkolnego, zgadza się z tym, iż szkoły raczej nie są dobrze przygotowane do przyjęcia małych dzieci w swoje mury, z tym że zwolennicy reformy uważają, iż można to w krótkim czasie zmienić. Przeciwnicy sądzą, że 3 lata to zdecydowanie za mało. Wielu przeciwników dodaje, iż nacisk na wdrożenie zmian i "reformatorska presja" sprawi, że dzieci i tak pójdą do szkół, nawet gdy szkoła nie wprowadzi niezbędnych zmian. A to może rodzić poważne problemy i krzywdę samych dzieci. MEN zapowiada co prawda wydawanie certyfikatów dla szkół, które będą gotowe do przyjęcia małych dzieci, ale nie jest określone, na ile certyfikat uwzględni atmosferę szkoły czy też zdanie rodziców o szkole. Nie wiadomo, co będą musieli zrobić rodzice, gdy szkoła w ich rejonie nie dostanie certyfikatu. Należy dodać, że MEN formułuje zalecenia dla samorządów, jak trzeba przygotować szkoły, ale nie chce określić standardów, jakie mają spełniać placówki - muszą to zrobić same samorządy. Organizacje rodziców (np. Forum Rodziców) uważają z kolei, że trudno będzie wymagać od samorządów, aby zapewniły przyjazną atmosferę dla małych dzieci w szkole, jeśli nie ma określonych odgórnie standardów.
Przysłuchując się dzisiejszym reformatorom oświaty, przypomina mi się zapał, z jakim nie tak dawno wprowadzano reformę gimnazjalną – czytamy w artykule. Dzisiaj odczuwam gorycz, gdy czytam analizy na temat pojawiających się patologii szkolnych albo słucham nauczycieli czy rodziców, którym przyszło zmierzyć się z ubocznymi efektami reformy gimnazjalnej. Szczególną sposobność do badania i obserwacji problemów tego typu szkół miałem jako współautor powstałego w poradni programu dla lubelskich gimnazjów "Gimnazjum bez przemocy". Zdaniem autora w czasie planowania zmian w oświacie nie przewidziano niektórych zagrożeń, a reformatorski entuzjazm wygrał wtedy z ostrożnością. Wskazuje ona na ostrożność, zwracając uwagę na fakt, iż błędy popełnione wobec młodszych dzieci mają bardzo długotrwałe konsekwencje.
W czasie dyskusji nad projektem reformy coraz bardziej ujawniało się to, że zarówno specjaliści, jak i rodzice uważają, iż kierunek, jakim jest rozwój sieci przedszkoli oraz zwiększanie dostępności tych placówek, jest w dalszej perspektywie bardzo korzystny dla kształcenia i rozwoju dzieci. Można zatem przypuszczać, że ustawa, która mówiłaby o obowiązku wczesnej edukacji przedszkolnej, byłaby o wiele lepiej przyjęta niż obecna, która to wymusza edukację na terenie szkoły. Chętnie widziałbym reformatorski entuzjazm urzędników MEN skierowany w tę właśnie stronę – mówi Szczukiewicz. Nawet jeśli reforma miałaby trwać dłużej i nieco więcej kosztować podatników. Dobro naszych dzieci jest tego warte – dodaje.
Informacja o autorze| Dr Piotr Szczukiewicz, dr psychologii, adiunkt w Instytucie Psychologii UMCS w Lublinie, terapeuta w Specjalistycznej Poradni Psychoprofilaktyki i Terapii Rodzin w Lublinie.
  |